
Choć jestem wielką fanką klasyków, to to serum stanowi zupełnie nowe spojrzenie na antyoksydację w pielęgnacji i jest dowodem na to, że nie zawsze witamina C czy niacynamid muszą grać pierwsze skrzypce. Tym razem mamy tu do czynienia z EGCG (galusanem epigallokatechiny) – składnikiem, który ma bardzo dobre „papiery” na przeciwdziałanie fotostarzeniu skóry oraz uszkodzeniom wywoływanym przez promieniowanie UV. A tutaj występuje jeszcze w towarzystwie koenzymu Q10, więc ekipa slow-ageing robi się naprawdę zacna.
Dlatego też to serum jest idealnym uzupełnieniem i parą dla SPF-u. Do tego ma przyjemną i lekką konsystencję, dzięki czemu bez problemu można je stosować w pielęgnacji warstwowej. Mnie urzekło tym, że oprócz działania kierunkowego na profilaktykę, rozświetla skórę i koi podrażnienia. Pasowało do każdego używanego przeze mnie filtra i sprawiało, że poranna pielęgnacja była niezwykle przyjemna. Jestem bardzo na tak, zwłaszcza latem!