Mam ogromny sentyment do tego kosmetyku, bo to był jeden z pierwszych moich żeli do włosów w ramach mojej przygody z wydobywaniem skrętu. Kupiłam go, kiedy mieszkałam chwilę w Anglii (u nas nie był wtedy dostępny). Wyhaczyłam go na Instagramie u jakiejś dziewczyny, bo zwrócił moją uwagę design buteleczek. Zamówiłam na spróbowanie Travel Kit, który zawierał odżywkę myjącą, odżywkę i żel. Ależ ja byłam ciekawa tych kosmetyków!
Wcześniej nie miałam za dużego porównania do innych produktów (nie to co teraz 😅), jednak podtrzymuję nadal to, że naprawdę fajnie trzyma włosy w ryzach przez cały dzień i przede wszystkim nie obciąża ich. Ma dosyć lejącą się konsystencję, więc trzeba uważać przy wyciskaniu go z opakowania. Lubię go też łączyć z odżywką i robić coś podobnego do kremu do loków. To raczej opcja dla fal, nie sądzę, aby ten żel poradził sobie solo z mocnym skrętem.
Podoba mi się też jego zapach. Nie jest słodki, ani duszący. Według mojego nosa bardziej wpada w nuty cytrusowo-drzewne.
Polecam wziąć 100 ml na start, żeby sobie sprawdzić, jak działa z Twoimi włosami. Chociaż nie suszę już włosów dyfuzorem tak często, jak kiedyś, wracam do tego produktu raz na jakiś czas, bo wiem, że zawsze da radę.