Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie tak gęsta konsystencja (przypominająca nieco mascarpone), ale szybko doszłam do wniosku, że to właśnie ona jest jednym z największych atutów tego kremu. Dzięki bogatej, aksamitnej formule rozprowadza się jak marzenie – nie pozostawia tłustego filmu, a jedynie uczucie dobrze odżywionej skóry, która od razu staje się gładka w dotyku. To właśnie dlatego tak świetnie sprawdzał mi się na noc.
Zapach może zaskoczyć, bo jest dość nietypowy – bardzo orzeźwiający, przypominający świeżo ścięte łodygi z delikatnie słodką nutą. Formuła została skomponowana tak, by jednocześnie nawilżać, regenerować i przede wszystkim wzmacniać skórę. Znajdziemy tu sporo biofermentów – z bambusa, rzodkiewki, żeń-szenia czy bakterii Lactobacillus – a do tego solidną dawkę składników wzmacniających: roślinne masła bogate w lipidy, klasyki o działaniu łagodzącym, jak pantenol, oraz główną gwiazdę – bakuchiol, pozyskiwany z rośliny o wdzięcznej nazwie Babći (Psoralea corylifolia).
Nie jest to zamiennik retinolu 1:1, jak często się mówi, ale stanowi świetną alternatywę dla osób, które nie mogą lub nie chcą stosować retinoidów.
Ja ten krem naprawdę lubię. Idealnie sprawdza się w wersji basic, kiedy stawiam na minimalizm w pielęgnacji, a jednocześnie zależy mi na maksymalnej regeneracji skóry. Lubię to niego wracać, szczególnie w chłodniejsze miesiące.