Zawsze, kiedy testuję kremy pod oczy, nie spodziewam się za wiele. Mają po prostu wysoko postawioną poprzeczkę – nie dość, że mam płytko unaczynioną skórę, to jeszcze przez taką, a nie inną budowę oka mam po prostu „wbudowane” worki. I nie ma znaczenia, ile godzin przespałam poprzedniej nocy.
Tym większe było moje zdziwienie, kiedy już po pierwszym tygodniu stosowania tego kremu zaczęłam zauważać różnicę. Skóra zaraz po aplikacji była rozświetlona, nawilżona i bardziej napięta. Efekt był naprawdę widoczny.
To przede wszystkim zasługa kofeiny oraz opatentowanego ekstraktu z nasturcji, które działają ze sobą synergicznie i rzeczywiście sprawiają, że okolica oka wygląda promiennie i świeżo. Dodatek miki z kolei nadaje delikatny, naturalny blask.
Ten krem sprawił, że uwierzyłam, iż dobrze dobrany kosmetyk może zdziałać wiele – przede wszystkim dla samopoczucia. Bezapelacyjnie jeden z moich nielicznych ulubieńców w tej kategorii.